wadera blog

    Twój nowy blog

    Z maską…

    Z zaciśniętymi zębami…
    Czasem mokrą poduszką…
    Ale do przodu.
    Bo nie ma innej opcji…
    Zmuszam się, by sięgnąć po aparat…
    Zmuszam się, by zrobic coś w ogrodzie…
    Pokochałam kawę. Z osoby, która jej nie cierpiała, stałam się w ciągu tygodnia kawowoym potworem – choć na taką sypaną, fusiastą jeszcze się nie skusiłam…

    Kochani, dzieje się u nas dużo – najwięcej w mojej głowie. A właściwie chyba w sercu, bo sam nie potrafię ocenić czy to kwestia uczuć czy rozumu. Jedno z drugiego wypływa zresztą, nawzajem się przenika i łączy, może nie warto zastanawiać się nad szczegółami. Tak czy inaczej życie mi stanęło na głowie uprzednio wywinąwszy kilka koziołków. Nie jestem gotowa na to, by pisać o tym tutaj. Sama nie jestem z tym poukładana.
    Dobrze nie jest.
    Od dwóch miesięcy żyję w ogromnym napięciu.
    Rodzinnie. Uczuciowo. Chciałabym dużo zmienić, czuję, że muszę – a bardzo się boję.
    Bo w pracy atmosfera fajna – ale zero efektów. Więc też się wkurzam.

    Ale nie przyszłam tu narzekać. I nie gniewajcie się, że nie napiszę więcej – ale nie umiem, nie mogę.

    Pokażę Wam za to moją nową łazienkę.
    Mój projekt. Wykonanie małż + brygada Szyca. Dwie rzeczy spieprzyli i nie wiem co z tym zrobic, reszta mi się podoba.

    Mamy też drzwi i parapety na górze.
    I kupę roboty jeszcze…

    … do tej pracy dopiero dziś – gdyż dopiero wczoraj dotarły nasze narzędzia pracy.
    Hmm… No nie wiem co napisać – wyjdzie w praniu. Konkrety są takie, że jestem najstarsza w firmie, firmę prowadzi dwóch fajnych chłopaków z Sanoka, przenieśli się niedawno do nowego biura i widać, że biuro to urządzali bez kobiecej ręki – bo jest brązowo-żółte i puste…
    Rzeczywiście, lwią część pracy można robić w domu. Nie jestem tylko pewna jak i na ile się w tym odnajdę. Muszę spróbować, żeby się przekonać…

    Wczoraj byłyśmy na Wigilii „Promyków”. To moja druga Wigilia u nich, drugi raz bardzo mi się podobało – choć brakowało mi trochę atmosfery pewnej bliskości. Mam też pewien pomysł na to gdzie mogę się „wyżyć społecznikowsko”. Ale to temat na przyszłość…

    A w związku z pracą musiałąm przygotować sobie stanowisko pracy. Skończyłam wczoraj kilka minut przed północą – just in time :)

    Została wymiana biurka i stolik do drukarki. Ale już na ten moment jest mi tu nader przyjemnie przebywać i jestem z siebie zadowolona – że to ja, tymi małymi rączkami sama :)

    A tu dwie Larwy z misiami :)

    że chwilami mam wrażenie, że nie wytrzymam tempa i rozpadnę się na maleńkie kawałeczki…
    I nie zanosi się, że będzie wolniej – wręcz przeciewnie. W poniedziałek zasuwam do pracy. Przestałam już się zastanawiać jak pogodzę dom, dzieci i pracę – idę na żywioł. Obym tylko nie przepadła w nim z kretesem.
    Praca z jednej strony fajna – bo w nieruchomościach, które zawsze mnie interesowały. Ale godziny już średnio fajne. Kusi za to możliwość zdalnego wykonywania duuuuużej ilości pracy – oczywiście jak już się „naumiem” tego co muszę. Zobaczymy…

    Wigilia w przedszkolu odhaczona, do szkoły się nie wybieram po ostatniej akcji dyrektora. Zwołał Radę Rodziców nie powiadamiając ani nikogo z zarządu, ani dużej ilości rodziców. Ot, wezwał tych co akurat mieli zebrania klasowe. Minus tych, których wychowaczynie zapomniały o tym powiedzieć. Namierzyłam co najmniej dwie takie klasy. Co istotne – zebranie było zwołane po to, by wybrać przedstawicieli rodziców do komisji konkursowej na stanowisko dyra naszej szkoły. Czy ja muszę dodawać, że obecnie miłościwie nam panujący, radę zwołujący, również w konkursie startuje?
    Że protokół żaden nie powstał wspominać nawet nie będę – ot, pierodły.
    Potem powstało pismo z prośbą o wyjaśnienie tego co zaszło, zarząd udał się na rozmowę i 2/3 delegacji zagdakały przewodniczącą, że dyrek ma rację – no nic się nie stało, zwyczajnie nie wiedział, że niektóre klasy tego dnia zebrań nie mają (połowa klas!). No a że nikogo z zarządu nie było? No czasem ktoś na zebrania nie przyjdzie…
    Dookoła tego powstało wiele innych rzeczy, ja ostatecznie zabrałam zabawki i wyniosłam się z tej piaskownicy. Przekonałam się również, że mam jednak intuicję jeśli chodzi o ludzi – ktoś, komu podświadomie ufałam, stanął za mną murem (Maryniu, chodzi o D.).
    Wigilia w „promykach” przed nami – nie wiem jednak, czy mi się uda tam być – choć baaardzo bym chciała. Bo jest we wtorek, a ja mam już wtedy ciężko harować.
    Przy okazji może dodam, że poszłam na rozmowę z nastawieniem, że nie chcę tam iść – bo następnego dnia po umówieniu się z nimi znalazłam trzy ciekawe ogłoszenia dużo bliżej. I nawet nie pamiętałam co to za firma była – bo składałam tam papiery z miesiąc temu. A siedziałam zagrzebana w regulaminie wspomnianej wyżej rady oraz zdjęciach z chrztu małego Dominika – nawet sobie trudu nie zadałam, żeby ten mail odszukać, coś wygooglać. Jak nigdy… W dżinsach i sweterku tam pojechałam – jak nigdy. No albo ja jestem absolutnie wspaniała i cudowna, albo oni byli maksymalnie zdesperowani…

    Nabyłam tło fotograficzne :) Fajne, prawie 4m. Białe. I krótsze czarne. Nie przewidziałam jednak, że taką tyczkę 4-metrową muszę gdzieś trzymać… I gdzieś to ustrojstwo porozstawiać. Zalatana byłam tak, że prawie 2 tygodnie to leżało nierozpakowane, w końcu to odpakowałam dziś późnym wieczorem.
    Podoba mi się. To ciemna noc i lampa, w dzień powinno być jeszcze fajniej.

    Dla Richarda grubego to zwyczajnie kolejna szmata przezanczona do uwalenia swego cielska…

    Miśka miała głupawkę, Mil siedziała w wannie…

    Byłam tez osiemdziesiąt osiem razy w Płońsku u notariusza, w sądzie, urzędzie gminy i sama już nie wiem gdzie. Może się jutro w końcu ta sprawa zakończy.

    Ale najważniejsze ze wszystkiego jest jedno: święta w Jeleniej!
    Nawet nie umiem opisać jak się cieszę :)

    Za drugiem podejściem się zaczytałam, zakochałam, owinęłam w okładkę i byłam już tylko kropką na końcu ostatniego zdania. Bo za pierwszym raziem się źle przygotowałam, byłam zmęczona i rozkojarzona – nastawiona na czytadło, na zmęczenie oka. I cisnęłam tą książką na półkę „do oddania bez czytania”. „Panna dziewanna. I hosanna”.
    A to trzeba na spokojnie, mieć czas i warunki za zatracenie, na popłynięcie, na to by słowa nas poniosły – jak chcą i gdzie chcą.
    Agnieszka Osiecka „Biała bluzka”.
    Absolutnie, bałamutnie – będę wracać.
    Wędruje na półkę dla mnie najważniejszą – „do przeczytania kiedyś tam, powtórnie”.
    Zwłaszcza „Ćma”.
    Polecam!
    Wasza Magdalena karuzela co niedziela ;)

    Płot skończyłam. Wiało jak w kieleckim. Niedobra pogoda do malowania pistoletem taki wiatr – bo połowa impregantu ląduje na malującym. Uznałam jednak, że naiwnością byłoby liczyć, że w nabliższym kwartale zjawi się pogoda lepsza niż dzisiejsza – bez wiatru, deszczu, śniegu i mrozu. Na liście wszystkie dziś w nocy opadłe – toż to koniec listopada! (nie wiem jak do tego doszło, dopiero co zarejetrowałam pierwszy września). Byłoby też okrucieństwem i niedbałością niewybaczalną z mojej strony zostawić ten płot – moje marzenie i moją harówkę w upale i chmarach komarów, i moje minimum prywatności – bez drugiej warstwy impregantu na zimę.
    Poszłam i dzielnie malowałam, i jest. Skończone. W końcu mogę coś wykreślić z tej mojej listy spraw „do zrobienia”, ufff…

    A po trzecie (kto tak plecie? Wiecie czy nie wiecie?) – babcię zabrałam przy oakzji jej pobutu na anszej wsi spokojnej i wesołej na zajęcia „Promyków”. Babci się spodobało do tego stopnia, że Larwom podesłała siedem (!) spódniczek na tańce i teraz tu meksyk jest. A że grozi im, że jutro na tańce nie pojadą (ja muszę jechać do Płońska i jest ryzyko, że się na 15 nie wyrobię z powrotem), to czuję, że spokój mego ducha jest zagrożony. Nawet im nie pisnęłam, że jest taka ewentualność, że się jutro pani Ewie nie zaprezentują…

    Stary mnie błaga, żebym schowała jak najgłębiej te moje profesjonalne fryzjerskie nożyczki, a w zamiasn za to poszla z Misią do pani Beatki.
    Zastanowię się ;)

    gdy nas tu nie było ;)

    Poza zdjęciami poniżej – Ślubowanie Pierwszaków. Na którym wiadomo – łzy. Oraz zdjęcia z czarnym rogiem. Miałam przeczuciem, które mnie niestety nie myliło – migawka. Szpital na Żytniej pomógł…

    A tym czasem wokołodomowo:

    brzoza (z lasu) i żarnowiec (z targu):

    Ostrokrzew – ze Szczawina, mam nadzieję, że nie za duży na przeprowadzkę:

    Jarząb szwedzki ze sklepu – kompromis, bo Marcin domagał się jarzębiny (ja nie lubię):

    Kalina – w miejscu poprzedniej, która najpierw okazała się jakąś niekwitnącą dziczką, a potem uschła po ataku wirusa:

    Orzech – ze Szczawina, z orzecha posadzonego przez wiewiórkę. Mała szansa, że się przyjmie (ale kciuki trzymam) – ale rósł tak blisko sosny, że i tak trzeba było go wykopać:

    Kącik kwiecień_maj_czerwiec, czyli migdałek_bzy_jaśminowce:

    Bukszpany przesadzone ze Szczawina – te duże po lewej stronie:

    Sumak – z lasu:

    Wykopywać pomagał mi Marcin i nasi znajomi. Z sadzeniem zostałam na placu boju sama. Dwa dni, taczka i odciski. No niech mi tylko się nie zazieleni wiosną!

    Prace nad moim pokojem:

    Za szybkami ma być materiał – chyba taki jak na kanapie…

    Prezent od mojej mamy:

    Doczekałam się w końcu porządnej baterii w kuchni:

    Oraz nowej kuchenki:

    A dzieci doczekały się zamienników żarówek:

    Dostałam od małża:

    XI Festiwal Piesni i Tańców polskich – u nas na wsi:

    Mamo Sol i Jo!
    Ja dostaję Twoje smsy i na nie odpowiadam, ale nie wiem czy Ty dostajesz te odpowiedzi – bo juz nie odpisujesz. Jakiego maila teraz masz? Napisz mi na telefon albo na mojego maila :)

    Cóż,

    1 komentarz

    po takiej przerwie (urlop małża) nie wiadomo za bardzo jak zacząć. Wiem za to od czego. Bo wśród zyliona rzeczy mniej i bardziej ważnych, wydarzyła się jedna rzecz cholernie ważna – wizyta mojego dziadka. Bardzo mało wiedziałam o dzieciństwie dziadka – tylko tyle, że urodził się w Warszawie i stracił rodzinę w czasie jakiegoś bombardowania. I że nie lubi wracać do tego tematu.
    Miałam ochotę pojechać z dziadkiem do Warszawy, sama, bez dzieci. Miałam nadzieję, że jednak trochę się otorzy i coś mi powie. Że będę wiedziała na przykład po kótrej stronie Wisły mieszkali.
    Tego co się wydarzyło się nie spodziewałam.
    Dziadek entuzjastycznie podszedł do pomysłu wycieczki do Warszawy, sam zapytał czy możemy pojechać na Annopol – gdzie mieszkał jako dziecko. Zaraz tam byliśmy, to niedaleko nas. Nic tam niemal nie zostało z czasów przedwojennych. I opowiadał nam jak mieszkali – w drewnianym baraku, z ogródkiem „na szerokość pokoju”, z babcią, rodzicami i rodzeństwem – najstarszy był Janek (około 20 lat w ’39), potem Celinka (gimnazjalistka, czapkę szkolną odkładali zawsze na odwrócony do góry dnem głęboki talerz), Władek, brat, którego imienia nie pamiętam (muszę zapytać) i mój dziadek Jurek – rocznik ’31. O tym jak dziadka chrzczono dwa razy – bo spalił się kościól, w kórym był chrzcony pierwszy raz i drugi raz ochrzczono go jako 4-latka i jak ejchał na ten chrzest samochodem (co mi nijak do faktów historycznych nie pasuje). O szkole, w której ukrywali się we wrześniu ’39 roku („wszyscy poza Jankiem, który został domu pilnować”), o tym jak przez okno wpadł tam pocisk i zawaliła się ściana, pod którą zginęła moja praprabacia, prababcia i rodzeństwo dziadka – poza Jankiem. O tym, że dziadek samego zawalenia się ściany nie pamięta – obudził się zalany krwią, sanitariusze zabierali go do szpitala – Dzieciątka Jezus. Jak potem Janek odwiedził go w szpitalu, powiedział, że jego ojciec żyje i jak potem ślad po nich zaginął. Jak trafił do sierocińca księdza Siemca na Lipową, jak posyłali go do pobliskiego sklepu, żeby pomagał sklepikarzowi – i na przykład tarł stare bułki na bułkę tartą. O powstaniu widzianym z drugiej strony rzeki, z prewentorium w Świdrze. O mogiłach powstańczych obok kościoła na placu Narutowicza. O parkanie wokół tego kościoła. O tym jak w kolejnym sierocińcu, na Sabały, na parterze był posterunek policji. I jak chodzili stamtąd na raki na Glinianki. I do szkoły w stronę Okęcia. I jak potem wysłali go na Ziemi odzyskane, potem na Mazury. Jak przez rok był nauczycielem. Dalszą część opowieści już znałam. Wojsko, poznanie mojej Babci przez jej szwagra, ślub, Wolbrom, narodziny mojej mamy i jej siostry, powrót do Konina.
    Szukaliśmy szkoły – nie znaleźliśmy.
    Na Lipowej cały kwartał pusty – nie ma śladu ani po Domu dla Sierot, ani po kościele. Stoi jedynie po drugiej stronie przedwojenny Dom Szarytek i Bursa im. ks. Siemca.
    Przy kościele na Narutowicza nadal jest symboliczna mogiła.
    Budynek przy Sabały stoi.
    Nie potrafię opowiedzieć o tym, ile to dla mnie znaczyło.
    Potem byłam jak w transie, siedziałam w necie i szukałam, szukałam, szukałam. Znalazłam historię osiedla na Annopolu, zdjęcia baraków, lotnicze zdjęcia osiedla z ’45. Znalazłam adres tej szkoły, w której zginęli nasi bliscy – stoi do dziś. Ukryta między wiaduktami. Byłam tam, w środku. Muszę tam wrócić z dziadkiem.
    Znalazłam zdjęcia Lipowej sprzed wojny.
    Znalazłam kawałek siebie, gdzieś tam obok tego małego chłopczyka w kótkich spodenkach, z odstającymi uszami. Myślałam o tym co takie małe dziecko mogło mysleć kiedy zostało samo, wśród wojny. Jak bardzo zagubione i samotne musiało się czuć. Widziałam tego chłopczyka, jak płacze nocą w poduszkę, cichutko – bo w pokoju śpi wielu chłopców. I jak biegnie w słoneczny dzień na raki (niedaleko Sabały jest jakas taka glinianka, nazwa zwyczajowa to Raków), jak wskakuje na platformy tramwajów jadących Grójecką.
    Widziałam nastolatka, który szuka dla siebie drogi z życiu. Sam. Zrozumiałam chyba w tym momencie na czym opierał się ten cudny związek moich dziadków, ta ich nierozłączność. Trochę z mojego dziadka odnajduję w moim mężu.
    Mogę się tylko domyślać jak trudną drogę przeszedł mój dziadek.
    I jestem cholernie dumna, że właśnie on jest moim dziadkiem.
    Niezwykłe połączenie siły i wrażliwości…

    Gryzę się.

    3 komentarzy

    Z samą sobą.
    Od kwietnia o to samo.

    Otóż szukam pracy.
    Firma od testów psychologicznych napisała mi, że „wybrali osoby o profilu bardziej zgodnym z ich oczekiwaniami”.

    Wysłałam kilka cv zaopatrzonych w list motywacyjny.
    Cisza.
    Wyrzuciłam z listu ustęp o tym, że wracam na rynek pracy po przerwie związanej z odchowaniem dzieci.
    Drgnęło…
    Przypadek?

    Miałam w tym tygodniu dwa spotkania. Dwa razy biuro pośrednictwa nieruchomości, bo postanowiłam spróbować w tej branży, która mnie interesuje.
    Wczoraj było małe biuro na Pięknej. Dobra atmosfera, fajna właścicielka, słabe zarobki – w założeniu tylko na początku.
    Dzisiaj byłam w dużej firmie, może nie korporacja – ale prawa korporacyjne. Ponoć zrobiłam dobre wrażenie, bo taka akurat – nie za młoda, nie za stara. Ponoć robię bardzo profesjonalne wrażenie. W tym garniturze i na obcasach. I za brzydka na głupią blondynkę – dodałam w myślach…
    Rekrutujący pyta:
    - A co pani robiła od 2009 roku?
    - Zajmowałam się dziećmi.
    - No i nic się pani w cv nie chwali, że ma pani dzieci?
    - A to jakieś nowe standardy wprowadzono według których w cv omawia się posiadane potomstwo?
    - No nie…
    Ciul z tym cv, oni pracują do 22. Dzisiaj to spotkanie miałam na 19, dzieci z sąsiadką, kiedy wróciłam – spały. Wróciłam już cała pogryziona wewnętrznie – bo tu jakieś możliwości rozwoju, szkoleń, dobrych zarobków – a tu trzy Larwy.
    I co, ja mam tak wracać wieczorem i im buziaki na śpiąco dawać? Dejavu kwietniowe, to z czasów pracy u Piotra.
    Z drugiej strony – to ma już jakiegoś kawałka mnie nigdy nie być? Tej Magdy z polibudy, jednej z najlepszych na roku. Tej humanistki, która w końcu wygrała z analizą matematyczną wynikiem 4,0. Tej od jedynego na roku projektu z marketingu na 6,0.
    Bo tej z sekcji jeździeckiej AZS już dawno nie ma – nawet nie pamiętam jak się skacze przez przeszkody…

    Czuje się uwięziona. We wlasnym życiu. W tym białym domku z ogódkiem, z dziećmi i z psem – który sama wybrałam.

    I jakoś żadnej drogi nie widzę, tylko wokół tego domu, do szkoły i po zakupy.
    Tyle mi się mieści w tym czasie, który mogę bez wyrzutów sumienia zabrać dzieciom…

    Sama sukienka mnie zachwyciła, reszty nie zamierzam komentować…

    I mam wreszcie swój własny pokój a nie graciarnię :) Chciałabym „tylko”:
    1. zmienić firanki
    2. zawisić trzy identyczne półki jak te po lewej stronie okna po jego stronie rpawej – symetrycznie;
    3. zmienić biurko na białe.
    Kiedyś…

    Słabeusz

    Brak komentarzy

    Udałam się dziś do punktu krwiodawstwa, by podjąć próbę oddania krwi. Próba numer jeden spaliła na panewce z uwagi na moją haniebnie niską hemoglobinę. Buraczki pomogły i dzisiaj udało mi się przejść etap wstępny (ten sam lekarz) oraz kawałek etapu właściwego – z tym, że i tak nic pozytywnego z tego nie wyniknęło. Zapowiadało się nieźle, pielęgniarki były miłe, a fotel wygodny. Żyły od urodzenia mam takie, że idą niemal na wierzchu i nie pękają przy wkłuciach. Zdążyłam oddać połowę jednostki, pomyśleć „aj fil soł gud” i dupa blada. Poczułam, że odpływam. Zaalarmowałam pielęgniarki, pielęgniarki lekarza, położono mnie, podniesiono nogi do góry i zapytano czy podejmuję decyzję o przerwaniu. No to głupia sprawa jest akurat, bo jak mi się słabo robi, to mam bardzo ograniczone procesy myślowe. Zwłaszcza w sytuacji keidy jedna pielęgniarka uderzała mnie mało subtelnie w udo i tonem nei znoszącym sprzeciwu mówiła:
    - Proszę otworzyć oczy! Niech pani nie zamyka oczu i głęboko oddycha!
    Zarejestrowalam i przetworzylam jedynie, że  – mimo pozycji leżącej – z każdą sekundą jest gorzej i kazałam przerwać.
    No trudno, jestem egzemparz wadliwy.
    Leżałam i leżałam, potem mnie posadzono, posiedziałam – i akcja na nowo.
    Lekarz wkroczył z kroplami („ze 25 minimum jej pani naleje”) i po minucie czułam się wyjątkowo dobrze. Nie wiem co to za magiczny preparat był, ponoć na ciśnienie.
    Jedna z pielęgniarek zapytała”
    - To co, pewnie już pani nie przyjdzie do nas?
    Ale powiedziałam, że przyjdę – tylko niech mi powie, kiedy mogę.
    No się nie poddam, no…
    Muszę z tym ciśnieniem powalczyć. Zwłaszcza, że po tych kroplach było mi jak w raju – czyli, że wyższe ciśnienei oznacza dla mnei wyższy komfort życia. I możliwość – miejmy nadzieję – oddawania krwi.
    Bo mnie strasznie wkurza jak coś chcę a nie mogę.
    Po tych kroplach dostałam takiego speeda, że poleciałam do lidla i nabyłam cudną szafkę w stylu „country life” – będzie stała na razie tu na dole, potem chyba u Miśki. Radość z tego nabytku (za całe 199zł) trochę mi osłodziła gorycz wcześniejszej porażki.
    Potem do przedszkola i na tańce. Pani Ewy nie było, prowadził pan Darek. I jak pani Ewa jest wcieleniem dyscypliny i człowiekiem nader wymagajacym (co dzieciom robi nadzwyczaj dobrze, trzeba przyznać), tak pan Darek to chodząca radość i luz. Pani Ewa ma zajęcia otwarte dla rodziców raz na semetr. U pana Darka można siedzieć za każdym razem. Skwapliwie skorzystałam z okazji. Kolejny raz obserwowałam zadziwona jak bardzo potrafi się skoncentrować taki maluch jak Miśka. A potem pękałam z dumy. Pan Darek pyta:
    - Kto wie jakie są kroki do krakowiaka?
    Zgłasza się Miśka, najmłodszy członek zespołu w całej jego historii.
    - No to pokaż Misia.
    I gówniara pokazuje. Prawidłowo!
    Mówię Wam – byłam rozwalona na milion kawałeczków :)

    Potem zabrałam Martę ze szkoły i poleciałam z nimi do ikea. Coś ostatnio mam tam pecha. Tydzień temu kupiłam żaluzję, ale zapomniałam o mocowaniach naokiennych. I nie było upatrzonych przeze mnie wsporników do półek. Dziś wsporniki były – ale półek (takich najtańszych, z surowego drewna) nie było…
    Przymierzam się do malowania małego pokoju. Niby miała byc tradycjnie patelowy jasmin, ale sobie przed chwila pomyślałam, że skoro mi greige na klatce schodowej nie wyszedł, to rzucę tu ten mój wymarzony lniany kolor – naturę szarości. Ładnie odbije od ścian białe meble i podkreśli białą żaluzje na oknie.
    Niby się jeszcze biję z myślami, ale coś czuję, że dylemat mam coraz mniejszy…


    • RSS